Victor Borsuk: Kiedyś unikałem dzielenia się swoim życiem, ale teraz chcę pokazać innym, że wszystko zależy od nas

Czy kiedykolwiek odczuwaliście lęk? Czegoś bardzo się baliście, ale mimo to zrobiliście krok do przodu. Co wtedy czuliście? Victor Borusk odkąd skończył sześć lat nauczył się pokonywać strach. Dzisiaj jest siedmiokrotnymMistrzem Polski w Kitesurfingu, wielokrotnie stawał na kite’owym podium Pucharu Świata i Europy. W miejscu, w którym jest, nie znalazł się przypadkowo.

O ciężkiej pracy, ale i ogromnej pasji, o radości z życia i trudnych kryzysach, nowych wyzwaniach oraz udziale w trzeciej edycji programu „Agent” porozmawialiśmy z Victorem Borsukiem.

Sport, który uprawiasz nie należy do najbezpieczniejszych. Wiąże się z dużym ryzykiem. Tutaj warto wspomnieć Twój rekordowy wyczyn – szybowanie na wysokości 68 metrów nad Zatoką Pucką. Czy Ty w ogóle jeszcze odczuwasz strach?
Oczywiście. Choćby w czasie akcji, o której wspominasz, bardzo się bałem. Wewnętrznie aż dygotałem. Ale właśnie o to chodzi, o ten moment przełamania własnych barier. Strach jako uczucie sam w sobie nie jest przyjemny, ale to spełnienie, gdy go się pokona jest niesamowite, uzależnia. Czy Ty się czego boisz?
Oczywiście, pewnie wielu rzeczy. Czasem bardzo prostych.
I jakie jest uczucie po wszystkim?
Niezwykłe.
No właśnie. Mi takie uczucie towarzyszy w sporcie.
Opowiedz o swoich początkach przygody z tym sportem.
Od szóstego roku życia pływałem na surfingu. Jeździłem z ojcem na Półwysep Helski, dziś miejsce przepełnione ludźmi, w wietrzne dni na wodzie można spotkać tam tysiące kaitów i, tysiące windsuruferów. Kiedy my tam jeździliśmy to był jeszcze sport niszowy, dla kilku zajawkowiczów, pływaliśmy na starych, często używanych deskach. Dopiero później pojawiły się pierwsze latawce, obserwowaliśmy gości skaczących na wysokości 3-5 metrów. Kiedy to zobaczyliśmy, mój ojciec od razu powiedział, że musimy tego spróbować. Nauczył siebie, potem nauczył mnie. Na początku to był bardzo ekstremalny sporty, kilka razy przeciągnęło mnie pod wodą, tak że się topiłem. Systemy bezpieczeństwa były kiepskie. Na początku zdarzały się nawet przypadki śmiertelne. Bałem się tego sportu, ale on jest uzależniający. Jesteś ty, wiatr, cisza. Pływasz, skaczesz. Zakochałem się w tym.
Jak wyglądają Twoje treningi? Trenujesz przez cały rok?
Jeśli chcemy być w czymś dobrzy, musimy bardzo dużo trenować. Ogólnie kitesurfing jest prostym sportem, można spokojnie nauczyć się go w tydzień, ale żeby przejść na zawodowstwo trzeba codziennie ćwiczyć, nauczyć się przewracać, upadać, tak żeby nie zadać sobie bólu, nie połamać kości.
Na swoim Fanapage masz napisane Victor Borsuk – Kitesurfer i Podróżnik, to się ze sobą łączyć, czy miewasz też podróże niezwiązane z zawodami?
Jedno wynika z drugiego. Dużo podróżowałem poszukując odpowiednich spotów (miejsc do uprawiania sportów wodnych). W Polsce mamy sezon przez 3, maksymalnie 4 miesiące, a przez resztę roku nie da trenować. Zaczynałem od skromnych podróży za 1300 zł do Egiptu, potem jeździłem na Rodos na wyspę, gdzie najpierw mieszkałem w namiocie, potem na leżakach. Z zapasem konserw i zupek chińskich potrafiłem tak mieszkać przez trzy tygodnie na plaży. To było niesamowite doświadczenie. Te podróże zaczęły się rozkręcać. Chciałem startować także w zawodach na świecie, więc zacząłem jeździć na Puchar Świata, wydawać wszystkie pieniądze, które miałem. Nagle zdałem sobie sprawę, że byłem na każdym kontynencie na świecie. Te podróże to jest magia tego sportu. Sam kitesurfing można uprawiać w Polsce, także w zasadzie nie trzeba nigdzie jeździć. Natomiast w zimie też trzeba trenować i dzięki temu zacząłem podróżować. Mieszkałem w Australii, kiedy miałem 18 lat, byłem na Hawajach jak miałem 16, co roku jeżdżę do Azji, zaraz lecę na Filipiny.
Kiedyś unikałem dzielenia się swoim życiem, ale teraz chcę pokazać innym, że wszystko zależy od nas. Ja tego co dziś mam, nie dostałem w prezencie. Ciężko pracowałem na swój sukces. I nie mówię tylko o treningach, ale także o całej logistyce, działaniach marketingowych. Musiałem przekonać ludzi, by zapłacili mi za to, że np. z nimi pojadę. Organizuję wyjazdy po całym świecie, gdzie zabieram ludzi na wyjazdy keitowe.


W jaki sposób uczysz swoich kursantów odwagi, cierpliwości?
Mam szerokie spektrum ludzi, których uczę. Są to dorośli, ale także dzieci. Najtrudniej jest nauczyć ich cierpliwości. Każdy chciałby mieć wszystko do razu. Na początku szybko zdobywają nowe umiejętności, ale potem przychodzi taki moment kiedy nic nie wychodzi. Próbują wejść na deskę, ale nie mogą, pojawia się frustracja. Trzeba wykonać x śmiesznych, dziwnych ćwiczeń, żeby się udało. Trzeba zająć czymś umysł i zrobić mnóstwo innych zadań. Np. kiedy widzę, że ktoś ma problem z ułożeniem ciała na desce, proponuje mu ćwiczenia całkiem nie związane z wodą np. z koordynacji ruchowej. Bezpośrednio nie jest ono związane z kitem, ale nagle okazuje się, że jak wchodzą na deskę ich ciało lepiej z nią kooperuje, łatwiej im utrzymać balans. Tak samo wydaje mi się jest w życiu. Jak coś nam nie wychodzi trzeba rozbić to na pojedyncze etapy.
Masz swojego mistrza, który Ci to wszystko przekazał?
Siedzi przed Tobą. (śmiech) To była i jest długa droga. Bardzo lubię słuchać innych ludzi, czerpać od nich wiedzę. To lekcja od mojej mamy, która powtarzała mi, aby porównywać się tylko z lepszymi. To znaczy z mądrzejszymi, bardziej wysportowanymi. To jest trudne, bo czujemy się wtedy gorsi, ale też nasza skala rośnie, stawiamy sobie coraz wyższe cele. Jak jeździłem na Puchar Świata to na początku wszystko przegrywałem, traciłem wszystkie pieniądze. Poczucie mojej wartości malało. Okazało się jednak, że kiedy próbuję doścignąć najlepszych, sam staje się coraz lepszy, wygrywałem każde zawody w Polsce, doskonaliłem się, w końcu byłem gotowy stanąć do rywalizacji z najlepszymi. Zawsze miałem też mądrych kolegów i dużo czytałem.


Musisz być pierwszy? Czy satysfakcjonują Cię też inne miejsca?
Nauczyłem się pokory. Lubię być najlepszy, ale zdaję sobie sprawę, że życie jest sinusoidą. W pewnym momencie cały mój świat z dnia na dzień legł w gruzy. Przez rok nie mogłem ruszyć ręką. Wpadłem w kompletną depresję.Okazało się, że jedyną rzeczą którą lubię i kocham jest kitesurfing, a nie mogę go uprawiać. Wiem jak szybko moneta się w życiu odwraca.
Wziąłeś udział w nowej edycji programu „Agent” gwiazdy co skłoniło Cię do wejścia w ten celebrycki świat?
Długo się nad tym nie zastanawiałem. Wcześniej unikałem tego typu programów. Zadzwonili do mnie i powiedzieli, że lecimy do Azji, a ja kocham Azję. Zabierają mnie na przygodę, w której będę miał codziennie zadania do wykonania. Zawsze sam organizuję swoje wyjazdy, jestem lekko zestresowany, a tutaj czułem się jak na koloniach. Ja nic nie wiedziałem, zabrali mi telefon, zabrali laptopa i  tylko mówili np. jutro o ósmej rano musicie mieć buty sportowe i nic więcej. Mega fajna przygoda. Cieszę się, że się zdecydowałem.

Zaprzyjaźniłeś się z uczestnikami?
Pewnie. Nagle jak obdziera się ludzi z ich całego blichtru, rozpoznawalności to okazuje się, że to są naprawdę świetne osoby. Zabrali nam telefony, to najlepsze co mogli zrobić. Zaczęliśmy rozmawiać, dzielić się swoimi historiami, doświadczeniem. W samolocie cały lot przegadałem z Peją, który jest prawdziwym przedsiębiorcom, niesamowicie inteligentnym człowiekiem. W pokoju mieszkałem z Michałem Mikołajczakiem, aktorem z krwi i kości. Wielką niespodzianką była dla mnie Karolina Ferenschtein- Kraśko, o której wcześniej niewiele wiedziałem. Bardzo pozytywna, świetna osoba.
Stresujesz się przed emisja?
Nie. Zawsze będzie fala hejtu i pochwał, nie ma co się tym stresować. Jak za długo będziemy się zastanawiać co inni o nas myślą, to nigdy nie ruszymy z miejsca.
Wspierają Cię?
Zawsze, przede wszystkim ukochana mama, jednocześnie najlepsza przyjaciółka, z którą mogę porozmawiać na każdy temat. Mam wspaniałą rodzinę, świetną z nimi relację. To coś cudownego.
Na koniec opowiedz o swoich planach na najbliższe miesiące.
Mam zamiar wprowadzić w życie ciekawy projekt. Bardzo długo zastanawiałem się co zrobić, żeby spopularyzować kitesurfing, który mimo wszystko wciąż jest jeszcze niedostępny dla wszystkich. Nawet jeśli ktoś chce spróbować tego sportu, to ciężko mu znaleźć odpowiednią szkołę, jednocześnie nocleg, często wiąże się też to z dużymi kosztami. Postanowiłem zorganizować obozy dla dorosłych. Siedem dni w Jastarnii, podczas których uczysz się kitesurfingu, zdobywasz wiedzę o wietrze i wodzie, zostajesz wprowadzona we wszystkie sporty wodne, wieczorami czekają na ciebie imprezy na plaży. Obozy będą przystępne cenowo, myślę, że będzie to koszt poniżej 1400 zł za cały tydzień. Zachęcam wszystkich do przeżycia takiej przygody, a może i zapoczątkowania nowej, fascynującej pasji.
Tagi: , , , ,

Powiązane wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Comments

  1. Odpowiedz

    Boże co za świetny facet! WOLNY???

    • Ola
    • 6 lutego 2018
    Odpowiedz

    Podziwiam, będę oglądać Agenta!

  2. Odpowiedz

    Piękny sport! Podziwiam determinację tego młodego człowieka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

eleven − eleven =

140 udostępnień