PIOTR BRATOSIEWICZ: Poznałem ziomków z meksykańskiego gangu, jechałem chińskim autobusem przemytniczym, spałem u nieznajomych, aresztowała mnie policja – właśnie wtedy poczułem zew przygody

Jego fascynacja podróżami zaczęła się od… zawodu miłosnego. To wtedy przemierzył samotnie ponad dwa tysiące kilometrów. Za sobą ma mnóstwo szalonych przygód, ale ani na chwilę się nie zatrzymuje. Jego cel to dotarcie do 193 państw świata.

Twój cel to odwiedzenie 193 państw świata. Z każdego z nich przywozisz fascynującą relację. (znajdziecie ją na newonce.net) Skąd pomysł na akurat taki projekt?

Podróżowanie mam we krwi – oboje moich rodziców było przewodnikami wycieczek i już w moim wieku jeździli po całym świecie. Później urodziłem się ja i już nie tak hardkorowo jak wcześniej, ale zacząłem jeździć z nimi. Mama ciągała mnie po całej Polsce, z Tatą jeździłem samochodem po Europie, na kursy językowe do Francji i Anglii. I tak to było. A moja własna zajawka na podróżowanie zaczęła się w sumie mniej więcej w tym samym czasie co poważniejsza zajawka na buty – jakieś 3 lata wstecz. Miałem wtedy dziewczynę w Nowym Jorku – studiowała na Columbii i wyglądała jak Sienna Miller – poleciałem do niej na dwa miesiące i życie nie mogło być piękniejsze. W romantycznym geście i za ostatnią kasę kupiłem nam bilety na wspólny weekend w Miami, a ona dwa dni przed wylotem powiedziała, że to nie ma sensu. Że ja tu, ona tam, itd. Poleciałem sam i byłem trochę zmęczony całą tą sytuacją więc pomyślałem, że dobrym sposobem na nie myślenie o niej, będzie przejechanie dzielących mnie z powrotem prawie dwóch i pół tysiąca kilometrów drogi, autostopem. Po drodze przebiegłem maraton, poznałem ziomków z meksykańskiego gangu, jechałem chińskim autobusem przemytniczym, spałem u nieznajomych, brałem udział we wspólnych modlitwach przy drodze, na chwilę aresztowała mnie policja i tak dalej. W każdym razie wtedy po raz pierwszy poczułem zew przygody i tak już zostało.

Plan jest taki, żeby odwiedzić wszystkie 193 państwa świata – projekt nazywa się zresztą CollectingStamps, bo zbieram i pokazuje wszystkie stemple w paszporcie. Póki co jestem gdzieś na jednej trzeciej, a odwiedzenia wszystkich dotychczas udało się względnie niewielu osobom. Myślę, że do początku przyszłego roku powinienem przekroczyć półmetek, a przy 150 zacznie się robić naprawdę ciężko, bo zostaną państwa, do których trudno się dostać, albo takie, z których jeszcze trudniej wyjechać w jednym kawałku. A dlaczego akurat taki pomysł? Bo lubię ambitne wyzwania, takie do których trzeba się długo przygotowywać i długo realizować. Nie nudzi mnie to, a wręcz odwrotnie – motywuje. Tak rozpoczęła się też moja przygoda ze sportami wytrzymałościowymi, bieganiem maratonów i triathlonów.

Za sobą masz już wiele niesamowitych, nierzadko egzotycznych podróży. Gdybyś miał wybrać trzy najciekawsze miejsca byłby to…

Łatwe! To pytanie dostaję często Jeśli chodzi o kraje, moje„top3” to dotychczas Namibia, Mongolia i Boliwia. Każde z nich za co innego, choć wszystkie trzy mają jeden wspólny mianownik – klimat. A mój klimat to bezdroża, krańce świata, miejsca odcięte od cywilizacji –  najlepiej czuję się pod namiotem i sam, albo z jedną bliską mi osobą. W Namibii jest najstarsza pustynia na świecie, najwyższe wydmy piaskowe, wybrzeże szkieletów, kaniony, safari, dzikie zwierzęta i najpiękniejsze gwiazdy jakie widziałem w życiu. W południowej części Afryki spędziłem ponad dwa miesiące, mieszkałem w namiocie na dachu samochodu i codziennie zasypiałem pod gwiazdami, codziennie w środku innego pustkowia, gór, albo obok oceanu. Do dziś patrzę na zdjęcia i marzę o tym, żeby to powtórzyć.

Numer dwa to Mongolia. Kraj, który dla mnie wygrywa ze wszystkimi innymi pod kątem oryginalności i miejscowej kultury. Jesienią jest tu takie święto – swojego rodzaju olimpiada – Golden Eagle Festival. Na ten event, z najdalszych zakątków tego liczącego niemal milion kilometrów kwadratowych powierzchni państwa, zjeżdzają się najlepsi Hodowcy Orłów, by spotkać się na środku pustyni skalnej i przez 2 dni uczestniczyć w najróżniejszych konkurencjach. Począwszy od łucznictwa, poprzez wyścigi konne i wielbłądzie, gonitwę za lisem, aż do przeciągania między sobą ciała zdekapitulowanej owcy. Wieczorem, po zawodach, zaproszony zostałem do degustacji narządów wewnętrznych konia – jego podrobów, wątroby i serca. To jedno z najbardziej autentycznych i prawdziwych miejsc w jakich byłem i w jakich wciąż możecie się znaleźć.

I na koniec Boliwia – państwo, którego krajobraz jest jak namalowany przez kogoś na kwasie. Namaluję Wam szybciutko taki obrazek: Wyobraźcie sobie, że wjeżdżacie samochodem na 5 tysięcy metrów nad poziomem morza, otaczają Was aktywne wulkany, stąpacie po księżycu, wszędzie pachnie siarką. A 200 metrów dalej trawa jest idealnie zielona, szczyty gór są pokryte są idealnie białym śniegiem, a każde jezioro ma inny kolor wody poprzez związki chemiczne, które się w nich znajdują. I tak jest tu jezioro białe, zielone, niebieskie, czerwone. Na brzegu tych jezior pasie się stado idealnie białych i puszystych lam, a w wodzie setki, tysiące różowych flamingów. I jakby tego było mało, po dniu pełnym takich widoków, wieczorem wracacie przez Salar de Uyuni – największą pustynię solną świata; horyzont której jest tak daleko, że ciężko odróżnić niebo od ziemi i idziecie spać do hotelu zbudowanego całkowicie z soli. Tego nie da się opisać słowami.

Twój profil na Instagramie pełen jest barwnych, kolorowych ujęć z Twojego życia. Nie boisz się ekstremalnych przeżyć, takich jak choćby skok w przepaść. Ta odwaga, to kwestia Twojego charakteru czy umiejętności walki z własnymi lękami?

Moja Mama powiedziałaby, że jestem po prostu głupek. Od lat powtarza, że doprowadzę ją do zawału, ale z każdym kolejnym wyjazdem walczy ze mną coraz mniej. Na pewno każdy z tych trzech czynników po trochu się do tego przyczynia. Przede wszystkim jednak lubię chyba sobie po prostu udowadniać, że mogę. Owszem, mam lęk wysokości, ale nic nie daje mi takiej frajdy jak przezwyciężanie własnych słabości. W Polsce skakałem ze spadochronem, w Szwajcarii skakałem na bungee z Verzesca Dam – 220-metrowej, betonowej tamy, która swoją sławę zyskała w pierwszej scenie filmu Golden Eye z Jamesem Bondem, a w RPA z do niedawna najwyższego mostu na świecie. Każde z tych przeżyć chcę zrobić, a kiedy przychodzi co do czego po prostu staram się wyłączyć racjonalne myślenie i to zrobić.

Co doradziłbyś ludziom, którzy tak jak Ty marzą o podróżowaniu ale kompletnie nie wiedzą jak się za to zabrać.

To pewnie jakaś największa oczywistość jaka jest, ale prawda jest taka, że najlepszym sposobem na stanie się w czymś dobrym jest po prostu robienie tego. Jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz. Kiedy pierwszy raz jechałem w samotną podróż, a wyszło tak, że było to autostopem przez Stany – nie miałem przecież zielonego pojęcia w co się pakuję. Na drodze spotkało mnie tyle niespodziewanych rzeczy, że choćbym czytał, przygotowywał się i planował tę wyprawę rok i tak nic by mnie na nie przygotowało. A jeśli chodzi o pieniądze, to i one zawsze sie jakoś znajdą. Dwa lata temu w Chinach poznałem gdzieś po środku niczego chłopaka z Kolumbii. Opowiadał mi wtedy o tym, że właśnie rozpoczął podróżowanie. Wcześniej pracował za biurkiem w jakiejś firmie, ale każdego dnia czuł, że traci czas. Sprzedał wszystko co miał, a nie było tego wiele i ruszył w drogę z budżetem 8 dolarów dziennie. Od tamtej pory minęły ponad dwa lata, a ja wciąż mam go na instagramie i widzę, że jeszcze nie wrócił do domu. W trakcie takich wyjazdów wszędzie można pracować, albo pomagać w zamian za spanie i jedzenie – są do tego nawet specjalne strony internetowe takie jak na przykład www.helpx.net. Poruszać można się autostopem i nie musi być to wcale drogie. Najważniejsze to po prostu zaplanować coś i skrupulatnie trzymać się swoich założeń.

Na świecie nie dzieje się ostatnio najlepiej. Ludzie zaczynają bać się inności, „obcych”. Czy myślisz, że jesteśmy w stanie się dogadać mimo różnic kulturowych?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale potrafię ustosunkować się w inny sposób. Kiedy zaczynałem samotnie podróżować, wielokrotnie wychodziłem z tego, co dla większości osób jest strefą komfortu. Z Miami do Nowego Jorku jechałem kiedyś autostopem, podobnie jak przez Syberię do Mongolii. Odwiedzałem slamsy w Afryce czy Ameryce Południowej, niejednokrotnie zostawałem na kilka dni bez jedzenia, byłem w wielu względnie niebezpiecznych miejscach. Mój Tato nie raz żartował, że z tej podróży to już chyba nie wrócę w jednym kawałku. Ale zawsze jest tak samo – zawsze ostrożnie podchodzę do nowego miejsca i nowych ludzi, by niedługo utwierdzić się w przekonaniu, że poza małymi wyjątkami ludzie wszędzie są podobni. Znaczna większość jest z natury dobra i pomocna, a jeśli jest się uśmiechniętym i ostrożnym to ludzie odpowiadają tym samym. Że choćbym był na drugim końcu świata, w Mongolii, i burza śnieżna odcięłaby mi zejście z lodowca na Ałtaju, to wiem, że ktoś pozwoli mi się przespać w ich jurcie. I zapewne będą jeszcze nalegać, żebym coś zjadł i napił się czegoś ciepłego. I tego powinniśmy się uczyć.

Kto lub co jest dla Ciebie największą inspiracją?

Mój Dziadek, Pan Aleksander Doba i Sir Ranulph Fiennes. Lubię myśleć, że mam w sobie po trochu każdego z nich. Dziadek jest tą osobą w rodzinie, która jako marynarz zwiedziła pół świata. Opowieści o sztormach i krańcach świata zawsze były dla mnie pierwszą inspiracją. Kiedy byłem mały i czytał mi książki, oczami wyobraźni byłem w tych wszystkich miejscach i marzyłem o tym, że kiedyś zobaczę je na własne oczy.

Pan Aleksander Doba imponuje mi niesamowicie swoją odwagą. Jest wiele rzeczy, na które chętnie bym się powziął – imponują mi samotne wyprawy – sam zresztą planowałem przejazd rowerem ze stolicy Mongolii do stolicy Chin. Ale do oceanu zawsze miałem ogromny szacunek – choć czasami żegluję i brałem nawet udział w przygotowaniach do regat, które bez przerwy trwały kilki dni i nocy – nie czuję się komfortowo na wielkich, ciemnych, otwartych wodach. A przepłynięcie oceanu czymś tak małym jak kajak, to jedna z niewielu rzeczy, których prawie na pewno, nawet mając odpowiednie przygotowanie, bym się nie podjął.

I na koniec – sir Ranulph Fiennes. Mój chyba ulubiony odkrywca, polarnik. Człowiek, który przez całe życie starał się pobijać wszelkie rekordy. Prowadził wiele solowych ekspedycji, jako pierwszy człowiek przeszedł samotnie przez Antarktydę, wspinał się na Mount Everest i mając w sercu rozrusznik przebiegł siedem maratonów w siedem dni na siedmiu kontynentach. A kiedy w dwutysięcznym jego samotna wyprawa na biegun północny zakończyła się niepowodzeniem w wyniku odmrożonych palców u ręki, po kilku miesiącach uciął je sobie siekierą w ogrodzie, bo nie mógł już wytrzymać z bólu. Niesamowicie barwna postać o imponującej sile charakteru.

Tagi: , , , , , , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis
5 shares

Jeśli podoba Ci się nasza strona, to kliknij: