Mariusz Maciej Drozdowski: To, co jest dla mnie ważne, to działanie. Działanie, które powoduje, że wokół pojawia się swego rodzaju „wir pozytywnej energii”

Szczerze, otwarcie Mariusz Maciej Drozdowski opowiada o tym, jak wszystko stracił, a potem odzyskał. Co czuł, będąc na dnie, a co sprawiło, że się od niego odbił.
O uczciwości w biznesie i magicznych chmurach średnich…

Byłeś na szczycie, Twoja firma dynamicznie się rozwijała i nagle to wszystko się skończyło…
„Z dużego konia spadłem na dno, jedno drugie, trzecie, wydawało mi się, że niżej już się nie da” – opowiadasz w jednym z wywiadów. Jak tam było? I co sprawiło, że z tego „dna” się odbiłeś?

Tak, można by powiedzieć, że byłem na szczycie. Dla wielu – dla mnie wtedy również – bycie prezesem w kilku spółkach, spotykanie się z ludźmi z pierwszych stron gazet, fajne auto, piękna żona, cóż chcieć więcej… I nagle – kiedy już ci się wydaje, że wszystko układa się wręcz rewelacyjnie i jesteś jak rakieta, która zaraz wystartuje i dosięgnie nieba – przychodzi „niespodzianka”. Nie ma sensu już teraz wnikać co było przyczyną, szukać winnych itd. Coś było i coś się skończyło… chociaż długo nie mogłem się z tym pogodzić. Szczególnie, że wyszło po czasie, że byłem zbyt łatwowierny, ufny. Ktoś mógłby rzec, że wręcz naiwny. Chyba do dziś jestem, ale opowiem o tym później…
Tak, masz rację, wspominałem o tym, że było jedno dno i potem kolejne. Kiedy wydawało się, że już gorzej być nie może, przychodziła kolejna „niespodzianka”. Najgorsze w tym wszystkim było to, że kiedy upadasz, to każdą wyciągniętą dłoń traktujesz jak dłoń pomocną. Niestety nie zawsze tak jest. Jest wielu ludzi, którzy wiedzą, że właśnie w takich chwilach jesteś podatny na manipulacje, że uchwycisz się każdej iskierki nadziei… a wtedy już cię mają i mogą doić bez opamiętania.
Wybacz ten przydługi wstęp z nutką żalu w tle. Żal już minął, ale każdemu człowiekowi, który jest w trudnej sytuacji mogę powiedzieć to samo – jeśli pojawiły się trudności, to pierwsze co powinieneś – moim skromnym zdaniem – zrobić to się zatrzymać, przestać „gonić własny ogon”, zatrzymać się i możliwie najobiektywniej ocenić sytuację. Z kartką i ołówkiem w ręku. Najlepiej rozrysowując swoją aktualna „mapę myśli”. I dopiero gdy wiem czego chcę, szukać ewentualnej pomocy u osób, które będą w danej sytuacji pomocne. Sam bym dzisiaj tak zrobił, ale na szczęście tamten czas już odszedł.

A jak tam było? Wtedy myślałem, że było trudno. Dziś – z perspektywy czasu i tych doświadczeń – mogę powiedzieć, że było ciekawie, inspirująco wręcz. Ale inspirująco było w „drugiej połowie bycia na dnie”. Bo pierwsza połowa tego okresu, to był czas, gdy dawałem sobą manipulować jak „przedszkolakiem”, straciłem wtedy wiarę w ludzi i ich pozytywne intencje. Oczywiście razem z firmą „poległy” relacje z najbliższymi. To taka „transakcja wiązana” i kolejne piętro do zaliczenia w trakcie opadania na dno…

Na dnie nauczyłem się jeszcze bardziej doceniać. Doceniać to, co się posiada i innych ludzi. Dziękować za drobiazgi, na które kiedyś w ogóle bym nie zwrócił uwagi.
Punktem zwrotnym okazało się poznanie mojej obecnej żony. Ktoś mógłby powiedzieć, że to był przypadek, ale ponoć przypadków nie ma – wszystko jest już dawno zaplanowane. Coś w tym jest… To właśnie Marta dostrzegła we mnie to coś. Gość bez pieniędzy, żyjący wspomnieniami, snujący plany o powrocie na piedestał, tak to wtedy mniej więcej wyglądało.
I tutaj mała dygresja. Wszem i wobec wielu „pseudo kołczów” wmawia ludziom, że są super, że mogą wszystko, że wszystko od nich i tylko od nich zależy. I robią tym ludziom wielką krzywdę. Bo osoba z tak zbudowanymi przekonaniami, nie będzie się miała do kogo zwrócić w trudnych chwilach. Bo skoro ona – taka najlepsza we wszystkim – nie daje sobie z czymś rady, to kogo ma pytać o radę? Innych, którzy nie są tak zajeb*ści jak ona? I to jest pułapka… można wrócić tylko do jednej osoby… „pseudo kołcza”.

Podsumowując. Na dnie było trudno, ale dało się przeżyć i nabrać dystansu. Wyszedłem na prostą, bo ktoś we mnie uwierzył… Tak, przypisuję wiele zasług innym, bo gdyby nie oni, to nie było by mnie w tym miejscu, w którym jestem. We właściwym miejscu. Uważam, że sam bym sobie nie poradził.

Dziś mówisz dużo o budowaniu biznesu  zgodnie z zasadami moralnymi, etycznymi, w poczuciu odpowiedzialności. Wielu osobom pewnie przychodzi na myśl pytanie: czy to się opłaca?

Oczywiście, że się opłaca. Może nie liczone w szeleszczących papierkach lub cyferkach na bankowym koncie, ale w zwykłej ludzkiej wdzięczności, serdecznych uśmiechach i wzajemnym wsparciu.
Bo widzisz, to jest tak… gdy ograniczysz swoje potrzeby do niezbędnego minimum, to dużo łatwiej można te potrzeby sfinansować, jeśli dajesz coś ludziom – tak ze środka, z serducha – to oni odpłacają tym samym. Może nie wszyscy, ale większość. A to już wystarczy, by normalnie żyć. Bez fajerwerków, ale godnie.

Moim zdaniem coraz więcej osób, w szeroko rozumianym biznesie, działa zgodnie z zasadami moralnymi. Są jeszcze wyjątki, gdzie stosując socjotechniki i manipulacje, ktoś uzyskuje chwilową przewagę, ale świadomość takich manipulacji rośnie i taki biznes się długo nie utrzyma. Jeśli ktoś myśli o budowaniu biznesu na lata, to doraźne korzyści nie mogą przysłonić mu wartości nadrzędnych i zwykłej, ludzkiej uczciwości. Uważam, że każdy z nas wie, co jest uczciwe, a co nie. Niektórzy niestety zagłuszają tę uczciwość w sobie, pozwalając by królowała w ich życiu mamona.

Jak trafiłeś do Nawiagtorów Jutra? Co dało Ci to miejsce?

Do Nawigatorów trafiłem dzięki mojemu staremu znajomemu Piotrkowi – poznaliśmy się w czasach, gdy byłem jeszcze aktywnym przedsiębiorcą. Już wtedy dostrzegałem ułomności systemu, w którym zostaliśmy osadzeni po 89 roku. Podczas jednej z naszych rozmów, Piotr wspomniał, że rozpoczął studium na dość innowacyjnym kierunku, pokazującym, że dotychczasowa ekonomia wykładana na uniwersytetach to raczej historia ekonomii, a nie nowoczesne i pro-rozwojowe myślenie. Dodatkowo na owym kierunku, miały być wykłady związane z duchowością – nie mylić z religią. Połowę kosztów pokrywała fundacja Jesteśmy Zmianą, co w owym czasie – pobytu „na dnie” – miało dla mnie niebagatelne znaczenie.

Na zajęciach poznałem niesamowite osoby. Zarówno wśród wykładowców, jak i samych studentów. Wyobraź sobie mieszankę wybuchową, w której znajdziesz obok ekspertów od pieniądza, lokalnej głagolicy, ludzi z bogatym doświadczeniem w uzdrawianiu, śpiewie intuicyjnym, czy kreatorów mody. My byliśmy pierwszą grupą. W grudniu 2017 roku kończy się edukacja trzeciego naboru – mamy się wszyscy spotkać. Ale będzie jazda…

Każdy z Nawigatorów działa na swój sposób. Z ideami, pomysłami i energią, jaką wynosi się po zajęciach, trudno pozostać biernym. Nawigatorzy Jutra niosą nowe spojrzenie w swoich środowiskach, czasami lokalnych, czasami na dużo większą skalę. Dla mnie grupa Nawigatorów Jutra to było coś w rodzaju nowego kopa od życia. Ponownie uwierzyłem, że warto dawać coś innym, nie oczekując niczego w zamian. Wtedy, gdy nie ma oczekiwań, nie ma też niezdrowych emocji, gdy nasze oczekiwania nie zostają spełnione – czy to w sferze gratyfikacji, czy też podjętych przez kogoś działań. Jeśli szczerze coś dajemy, to tak jak byśmy siali ziarno, a ono pada na różny grunt – nie każdy jest gotowy na przyjęcie tego co mamy do przekazania właśnie wtedy, gdy coś przekazujemy… często do ludzi coś „dociera” po jakimś czasie. Co jeszcze dały mi studia u Nawigatorów?

Większą akceptację dla tego, co mnie otacza. Zarówno dla tego,co w życiu spotyka mnie pozytywnego, jak i negatywnego. Nie mnie to oceniać. Wszytko jest po coś, a często po co to było dowiadujemy się po czasie. Mam nawet taką swoją teorię, że jesteśmy jak soczewka, ale soczewka dość specyficzna. Bo soczewka może skupiać bądź rozpraszać, ale soczewka może też moim zdaniem nadawać temu co rozprasza, pewną własną specyfikę. Czyli jeśli na taką specyficzną soczewkę pada „promień światła”, to soczewka ta może ten promień rozproszyć i podzielić na wiele mniejszych promieni, dzieląc się swym światłem z wieloma innymi mniejszymi soczewkami, a owe soczewki mogą działać podobnie. Specyfika „soczewek doświadczonych” polega na tym, że niezależnie od pozytywnego czy negatywnego „światła pierwotnego”, potrafią one emanować wyłącznie dobrem. Czyli wystarczy energia – jakakolwiek – by dalej emanować dobrem. Przykładów takich w historii i codzienności odszukamy wiele.

Popłynąłem trochę w tym,co bardziej czujemy niż doświadczamy podstawowymi zmysłami, więc może jeszcze kilka słów o tym, co dzięki Nawigatorom Jutra mogę realizować w realnym, otaczającym nas świecie. To dla przykładu może być pieniądz lokalny, emitowany przez samorządy, uwalniający nas od dyktatu wielkich instytucji finansowych i globalnych korporacji. Pieniądz lokalny, niewymienialny, wspierający lokalny biznes, rozwój lokalnej infrastruktury itd. Ale to temat na osobny wywiad i to nie ze mną, a z ekspertami w tej dziedzinie wśród Nawigatorów.

Co dziś jest dla Ciebie najważniejsze w życiu?

Bycie „specyficzną soczewką”… Oczywiście staram się dbać o zdrowie i relacje z najbliższymi, ale zdrowie jeszcze jakoś działa, a najbliżsi pogodzili się już chyba z tym, że syn, ojciec i mąż w jednej osobie zwany MMD, ma jeszcze wiele do zrobienia…
Tak sobie myślę, że to co jest dla mnie ważne, to działanie. Działanie, które powoduje, że wokół pojawia się swego rodzaju „wir pozytywnej energii”, z którego każdy może wziąć tyle, ile w danym momencie potrafi, a jednocześnie inne osoby ten wir wzmagają swoimi pozytywnymi intencjami. Samo działanie ma sens, bo nigdy nie wiemy, co ono przyniesie. Kiedyś wszystko starałem się zaplanować, a życie i tak płatało różne figle. Dziś robię swoje i obserwuję – zamiast planować – a życie podpowiada najlepsze rozwiązania… wystarczy się tylko na chwilę zatrzymać i posłuchać. Może właśnie dlatego utkwił mi w pamięci cytat mojego imiennika, że „tylko toczące się kamienie nie porastają mchem…” więc od pewnego czasu się toczę, raczej mchem nie porastam, a to inni to moje toczenie odbierają w taki, czy inny sposób.

Napisałeś pracę o uprawie konopi włóknistej. Dlaczego wybrałeś akurat taki temat?

Konopia to roślina niesamowita. Obecna w życiu człowieka od tysięcy lat. Zarówno jej właściwości psychoaktywne, jak i czysto użytkowe, były wykorzystywane na wiele sposobów. Konopia włóknista ma swoją długą historię na terenach dawnej i obecnej Polski Wschodniej. Wyobraź sobie roślinę jednoroczną, która z maleńkiego ziarenka w ciągu sześciu miesięcy osiąga 5 m wysokości. Raptem 100 lat temu przemysł petrochemiczny przyczynił się wprost do stygmatyzacji konopi. Powód był prosty – pieniądze, bardzo duże pieniądze. A przecież kiedyś z włókien konopnych zbieranych na początkowym etapie wzrostu robiono bieliznę. A ze zbiorów październikowych robiono liny, żagle i wiele innych przydatnych wyrobów. Mało kto wie, że pierwsze jeansy były z włókna konopnego, a pierwsza Konstytucja USA spisana była na papierze konopnym. Konopia ma też niesamowite właściwości przywracania ugorów do agrokultury. Zauważ, że po wejściu Polski do UE i wdrożeniu dopłat do areału, a nie do upraw, z kraju, który „żywił pół Europy” staliśmy się krajem, który kupuje żywność za granicą, a wiele hektarów leży odłogiem. Konopia dzięki swoim długim korzeniom, szybkości wzrostu i kilku innym cechom, nadaje się idealnie do tego, by w kilka sezonów zamienić ugór w pole uprawne. Na temat konopi i jej zastosowań możemy porozmawiać innym razem, ten wywiad i tak robi się dość długi. Reasumując, konopia to roślina przeszłości i przyszłości. Przekonamy się o tym już niebawem.

Co powiedziałbyś osobom, które marzą o założeniu własnego biznesu, ale się boją?

Marzenia to fajna sprawa. Ale pozostając w świecie marzeń świata nie zmienimy. Ale też nie jest tak, że każdy musi zostać przedsiębiorcą. Kreowanie mody na bycie niezależnym, samowystarczalnym i budowanie własnego biznesu jest na rękę bankom. Dlaczego? Ponieważ większość osób na rozpoczęcie swego biznesu lub już w trakcie jego trwania, weźmie kredycik, czyli weźmie na siebie odpowiedzialność wyciągnięcia z realnego świata pieniędzy tylko po to, by spłacić kredyt będący wyłącznie bankowym zapisem księgowym. To oczywiście pewien skrót myślowy, ale warto poczytać o tym, jak funkcjonuje system bankowy.

 Co bym radził osobom chcącym ruszyć z biznesem? Poszukaj ludzi myślących podobnie i załóżcie spółdzielnię. Teraz mówi się często o kooperatywach, bo spółdzielnia kojarzy się starszej części społeczeństwa z tzw. komuną. Ale to dzięki spółdzielniom Polska w okresie międzywojennym mogła się tak dynamicznie rozwijać. Poza tym spółdzielnia jest dużo bezpieczniejsza niż np. spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Dlatego uważam, że trzeba myśleć nie w kierunku jednoosobowych firm, ale pewnych kolektywów, gdzie do najlepszych rozwiązań dochodzi się w ramach konsensusu i wymiany doświadczeń. Ale do tego trzeba dorosnąć…

Czym zajmujesz się obecnie?

Kiedy wszystko się w moim życiu wywracało, poznałem człowieka, który zainteresował mnie rynkami finansowymi. To z nim miałem przyjemność dwukrotnie odwiedzić Azję i na własne oczy ujrzeć niesamowite różnice, jakie występują pomiędzy Singapurem a Wietnamem, czy Filipinami. Te podróże pomogły mi w zrozumieniu, że pieniądz może być w życiu ważny, ale nie jako cel, a pewnego rodzaju energia, dzięki której można realizować marzenia, zarówno swoje jak i innych.
Zarażony potęgą jaką dają rynki finansowe, zapragnąłem w krótkim czasie odrobić to, co utraciłem. Nic z tego nie wyszło. Ale na tyle mnie to wciągnęło, że zacząłem temat głębiej analizować. Ze zdumieniem dostrzegłem, że większość wiedzy, która jest przekazywana w tej branży – a nawet w szeroko rozumianej sferze ekonomii – to opowiadanie o historii, która nijak przystaje do otaczającej nas rzeczywistości. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego ludzie tracą pieniądze na rynkach inwestycyjnych?“ stała się prosta. Ponieważ postępują zgodnie z „wdrukowanymi“ schematami. Nie pozostawało mi nic innego, jak poszukać swojej drogi.

I tak, po kilku latach poszukiwań, badań i eksperymentów, powstała zamknięta metodologia „Magicznych chmur średnich MMD“. Ostatecznie, podzieliłem się jej założeniami niecały rok temu w internecie. Zyskała wielu entuzjastów. Co więcej, mam już swoich „uczniów“, którzy dzielą się tą wiedzą dalej. Powstały nawet grupy mentoringowe, w których może uczestniczyć każdy, kto przekaże drobną kwotę na cel charytatywny. Ot, takie novum na rynku szkoleniowym w obszarze inwestycji. Nie miejsce i czas by rozpisywać się o założeniach metodologii, ale warto wspomnieć, że jeśli ktoś interesuje się tym obszarem, to dzięki prostym wskaźnikom można znacznie ograniczyć straty, a jeśli ktoś metodologię zrozumie, to dużo pieniędzy pozostanie mu w portfelu. Dużo, ale nie wszystkie. Dlaczego? Bo niepisana umowa za korzystanie z tej metodologii mówi, że jej autor – czyli moja skromna osoba – życzy sobie, by częścią zarobionych pieniędzy podzielić się z innymi, a część zainwestować w realną, polską gospodarkę. Najlepiej inwestując w coś, co przyniesie korzyści społeczności lokalnej, w której żyjemy na co dzień.

Przeczytaj również: Maria Rotkiel: Szczęście to droga, która zaczyna się od pokochania siebie.

 

Tagi: , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis
330 shares

Jeśli podoba Ci się nasza strona, to kliknij: