Marcin Nowacki: „Just be in the moment“, bycie obecnym i uważnym jest cholernie ważne – niestety jednocześnie diabelsko trudne

Jak żyć pełnią życia? Poznajcie przepis Marcina, zakochanego w Hawajach sportowca, który nieustannie udowadnia, że niemożliwe nie istnieje.

 

Brałeś udział w IRONMAN South Africa – zawodach triatlonowych organizowanych na dystansie 226 km (3,8 km pływanie, 180,2 km jazda na rowerze i 42,195 km bieg). Opowiedz jak było? Co okazało się najtrudniejsze?

Kwietniowe Mistrzostwa Afryki były już moimi trzecimi zawodami na tym dystansie, po Barcelonie i Majorce, dlatego wiedziałem czego mogę się spodziewać, przynajmniej pod kątem wysiłku. Pewne było, że jak zwykle będzie bardzo bolało natomiast wielką niewiadomą była pogoda – wiatr i temperatura. Połowa marca to u nas koniec zimy – w południowej Afryce koniec lata. Polskę żegnałem przy +10 stopniach, Port Elisabeth na południu RPA powitało mnie temperaturą +40. W celu aklimatyzacji spędziłem dwa tygodnie marca na obozie w Hiszpanii, zaś do Afryki poleciałem dwa tygodnie przed zawodami. Przyznaję, że niewiele to pomogło. 226 kilometrów w takiej temperaturze – dla osoby przyzwyczajonej do naszego klimatu – to porządne uderzenie po kościach. Zawsze jednak powtarzam, że narzekanie na pogodę nie ma sensu, skoro nie mamy na nią wpływu. Zmienna aura to przecież nieodłączny element tej zabawy, a pogoda jest zawsze dobra albo bardzo dobra. Chociaż nie zawsze przyjemna.

Same zawody do pewnego momentu szły zgodnie z planem – byłem zadowolony z pływania – jedna pętla w Oceanie Indyjskim, bez rekinów. Na rowerze przejechałem zgodnie z wytycznymi pod względem mocy i czasu, chociaż tutaj temperatura dała się już mocno we znaki – wypiłem około 7 litrów płynów w ciągu 5 godzin jazdy. Niestety trudności zaczęły się na ostatnim – i zawsze najtrudniejszym maratonie. W okolicach 15 kilometra biegu, współpracy odmówiło lewe ścięgno Achillesa, nie było mowy o dalszym biegu – oczywiście nie było też mowy o nieukończeniu zawodów, a 27-kilometrowy spacer do mety uznaję za najbardziej wyczerpujący mentalnie wysiłek w całej mojej dotychczasowej tzw. „karierze“. Maraton miał trwać 3,5 godziny, trwał chyba ponad 6, ale czego się nie robi dla medalu i koszulki na mecie.

Jak podobała Ci się Afryka?

Jednym słowem nie da się tego określić. W Johannesburgu byłem w zasadzie tylko na lotnisku, natomiast ponad dwa tygodnie spędziłem w Port Elisabeth, przemysłowo-turystyczno-nadmorskiej miejscowości na południu Afryki, nad Oceanem Indyjskim, w której odbywały się zawody.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy była troska mieszkańców o ochronę – druty pod napięciem i tablice ostrzegawcze na każdym ogrodzeniu powodowały, że człowiek zaczynał się zastanawiać nad swoim bezpieczeństwem. Podczas pierwszego treningu rowerowego pomyliłem trasę – zorientowałem się w momencie, gdy zauważyłem osiedle slumsów w które wjechałem, na szczęście szybki zwrot w tył pozwolił bezpiecznie dokończyć trening i wrócić do domu. Co ciekawe – dokładnie w tym samym miejscu dwa dni później okradziono i pobito Mistrza Świata sprzed kilku lat – Frederica Van Lierde z Belgii. Było o tym dość głośno na miejscu, w efekcie trasę zaczęła patrolować miejscowa policja. Dobre doświadczenie – trenować z pilnującym (jadącym na tzw. „kole“) radiowozem, ale momentami naprawdę nie było zbyt wesoło.

Podczas swoich wyjazdów – zwłaszcza tych samotnych – staram się poznać jak najwięcej miejscowych osób i dowiedzieć się od nich jak najwięcej o okolicy. Tym razem również się to udało. Z poznaną w hostelu koleżanką z Niemiec i jej miejscowymi znajomymi spędziliśmy super wieczór, trafiając w kilka miejsc w Port Elisabeth, których sam z pewnością bym nie odnalazł. Znajomy opowiedział nam sporo o tym, co dzieje się na miejscu i w całym RPA, przedstawił znajomym z zespołu, którzy grali jam session w pobliskim klubie oraz szefowi kuchni w restauracji z najlepszą obsługą jaką miałem okazję poznać (ale to inna historia).

Dwa dni później pojechałem do oddalonego o 60 km Jeffrey’s Bay – jednego z najsłynniejszych surferskich spotów na świecie. Zupełnie inny klimat miejscowości i kolejne wspomnienia – ciemnoskóry Bjorn, tj. kierowca Ubera, z którym po drodze  do i z Jeffrey’s Bay odbyłem szczere i otwarte życiowe rozmowy stwierdził: „Brother, I’m your friend for life“ i zaprosił na rodzinny, niedzielny południowoafrykański obiad ugotowany przez swoją żonę. Było to cholernie sympatyczne. Druga przygoda zaczęła się od wizyty na plaży w Jeffrey’s Bay i widoku ludzi surfujących razem z delfinami – widok delfinów prześwitujących przez przelewające się fale był genialny – już miałem się przebierać i wskakiwać do wody, gdy koleżanka pokazała mi film, na którym rekin atakuje na zawodach Micka Fanninga, mówiąc z niewinnym uśmiechem: „A wiesz, że to na tej plaży?“ Przy okazji wątku: polecam wyszukać na YouTube film „JBay shark attack“ – robi wrażenie. Chwilę później poczułem, że przecież dzisiaj wcale nie muszę robić tego treningu.

Dwa dni przed zawodami, z przyjaciółmi z Polski udało nam się zorganizować całodniową wycieczkę safari do parków Addo i Schotia. Możliwość spotkania twarzą w twarz (dosłownie) w otwartym Land Roverze z antylopami, stadami słoni, lwami, nosorożcami, żyrafami, hipopotamami i masą innych dzikich i szczęśliwych zwierząt zrobiła na nas wrażenie, zwłaszcza gdy przypominałem sobie, jak biednie i nieszczęśliwie wyglądają te same zwierzaki chociażby w naszych zoo.

Jak mi się podobała Afryka? Z pewnością nie oddałbym swoich wszystkich tamtejszych wspomnień – nie sądzę jednak, bym w najbliższym czasie tam wrócił. Jest dla mnie kilka bardziej priorytetowych kierunków.

Na Twoim profilu na Instagramie można podziwiać jak na rowerze zwiedzasz przepiękne miejsca, byłeś m.in. na Majorce, Hawajach, w Hiszpanii. Które z tych miejsc zrobiło na Tobie największe wrażenie?

W przeciwieństwie do RPA – Hawaje wprowadziły mnie natychmiast w stan zakochania. Zwiedziłem sporo miejsc na świecie, ale tylko w dwóch miałem takie specyficzne uczucie, które nazwałbym „mogę tu zamieszkać“ – miało ono miejsce w Japonii i na całkiem od niej nieodległych Hawajach.

Miałem ogromną przyjemność odwiedzić Hawaje dwukrotnie w ciągu 2016 roku – w czerwcu, na zawodach IRONMAN 70.3 i w październiku jako kibic i support na świętym Graalu triathlonistów – Mistrzostwach Świata IRONMAN. Mam wrażenie, że o Hawajach mógłbym napisać książkę (może więcej niż jedną).

Pierwsze wrażenie to perspektywa – drugi koniec świata, 12 godzin różnicy, środek największego oceanu. Naprawdę, nie ma szans, żeby w takim miejscu pomyśleć na przykład o polskiej polityce. Mówi się, że: „jadąc nad morze nie zmienisz siebie tylko klimat“, jednak takie wakacje powodują, że znika większość napięć w naszym ciele.  Drugie wrażenie to ludzie – czujesz się po amerykańsku zaopiekowany, ale z dodatkiem specyficznego hawajskiego „aloha spirit”. Łatwość nawiązywania kontaktów, żartowania, szczerego uśmiechu – nie znam drugiego takiego miejsca na świecie. Trzecie wrażenie to natura. Archipelag składa się z 7 zamieszkanych wysp, między którymi można się łatwo i niedrogo poruszać samolotem. Każda jest odrobinę inna – od Hawaiʻi (czyli tzw. Big Island), przez uważaną przez wielu za najpiękniejszą – Kauaʻi, najbardziej turystyczną Maui do najbardziej zurbanizowanej Oʻahu – ze stolicą Hawajów Honolulu.

Klimat na wyspach jest według mnie odczuwalnie praktycznie taki sam przez cały rok. A w zasadzie różne klimaty – wystarczy wspomnieć, że na samej Big Island jest aż dwanaście stref klimatycznych. Można w ciągu dwóch godzin przemieścić się ze strefy tropikalnej na szczyt najwyższej góry na świecie (10.000m wysokości względnej), gdzie często można zastać śnieg. Aktywne wulkany, z których płynąca lawa stale powiększa powierzchnię wyspy, South Point Ka Lae – najdalej na południe wysunięty punkt USA. Miejsca, w których prawie bez przerwy pada deszcz i tuż obok takie, gdzie nie pada nigdy, a pomiędzy nimi tęcza, którą widać wszędzie, nie tylko w godle Hawajów. Do tego niesamowita endemiczna flora i fauna, piękne rafy, a to wszystko zanurzone w jedynym w swoim rodzaju „aloha spirit“, takim hawajskim zen.

Jak wyglądają Twoje treningi? Stosujesz specjalną dietę?

W zależności od etapu sezonu, który dzieli się na krótsze okresy jest czas na treningi o różnej intensywności i objętości. Tygodniowa objętość treningowa oscyluje pomiędzy 10 a 20 godzinami tygodniowo. Może się wydawać, że to sporo, ale przy odpowiedniej organizacji czasu, odrobinie systematyczności i przede wszystkim – ograniczeniu niepotrzebnych czynności w ciągu dnia (ile czasu spędzamy tygodniowo na oglądaniu TV, czy bezmyślnym gapieniu się w komputer czy telefon?) można taką ilość aktywności spokojnie wcisnąć w plan dnia.

Dieta również zależy od etapu przygotowań. Jedną z moich pasji jest gotowanie. I jedzenie. Przygotowując się do zawodów, warto jednak kontrolować co się wrzuca na talerz i pilnować co najmniej ilości spożywanych kalorii. Od kilku lat zamawiam dietetyczny catering z określoną zawartością energetyczną – dzięki temu zyskuję sporo czasu nie musząc przygotowywać posiłków. Nie popadam jednak nigdy w skrajności – są okresy w których trzeba się trochę „wycieniować“ – wiadomo – im jesteś lżejszy tym będziesz szybszy, są też takie gdzie można (i trzeba) odwiedzić dobrą knajpę, czy poszaleć w kuchni. Od wielu lat jednak nie jem już tzw. śmieciowej, przetworzonej żywności.

Sport to dla Ciebie…

Sport jest jedną z dziedzin, która pozwala cudownie skanalizować swoją wewnętrzną energię. Energię, której swoje źródła chyba całkiem dobrze poznałem. A źródła u innych zawodników będę próbował dokładniej zbadać w tym i przyszłym roku w toku seminarium na Uniwersytecie SWPS, ale to inny temat.

Trening genialnie wietrzy głowę – dosłownie i w przenośni. Zrobiony z odpowiednim podejściem daje poczucie zadowolenia i sprawczości. Dystansu i uważności. Poprawia samopoczucie i poczucie własnej wartości. Pozwala nam się czuć lepiej we własnym ciele. Zawody za to pozwalają zmierzyć się z najtrudniejszym przeciwnikiem – z sobą samym. Nikt nie zna naszych słabych punktów tak dobrze jak on. Hormony buzujące przed startem, w trakcie zawodów i po nich potęgują całość naszych doświadczeń. A w trakcie tych mniej więcej 10 godzin na długim dystansie (czy prawie pięciu na dystansie średnim) amplituda emocji jest niesamowita.

Warto być wtedy uważnym i otwartym na swoje uczucia – doświadczenia są piękne. Od lęku, strachu, niepewności, czasami bezsilności, przez złość, radość, bywa, że niemal euforyczną, do niesamowitej dumy (lub sporego zawodu jeżeli niepotrzebnie przesadzimy z oczekiwaniami).  Myślę, że to po prostu uzależnia.

Dokończ proszę zdania:

Książka, którą polecam każdemu…

Jest ich cała masa, zostanę przy trzech pierwszych, które przychodzą mi do głowy:

  • „Shantaram“ Gregory David Roberts – świetna, oparta na faktach historia: życie, Indie, wschodnia mentalność, miłość, szukanie siebie – genialna lektura;

  • „Ósme życie (dla Brilki)“ Nino Haratischwili – piękna, monumentalna, epicka, momentami przerażająca, ale na wskroś prawdziwa (mimo, że fabularna) i wzruszająca dwutomowa historia;  

  • „Zen w codzienności“ Aleksander Poraj-Żakiej – książka jednego z wielu moich nauczycieli – świetna by zacząć kosztować rzeczywistość bez filtrów.

Moja recepta na trudne chwile to…

Po prostu je przeżywać. Nie uciekać od nich, nie szukać cudownych recept. Trudne chwile są i będą, nie da się ich uniknąć, życie składa się z różnych momentów i w tym tkwi między innymi jego urok. Nasza reakcja na ból może być różna – często próbujemy walczyć z rzeczami, na które nie mamy wpływu – wydaje mi się, że to tylko nasila nasze cierpienie. Warto też sobie uzmysłowić, że mimo iż standardowo pragniemy „miłych“ doświadczeń, paradoksalnie dużo bardziej rozwojowe dla nas są te trudne, związane z wychodzeniem z naszej strefy komfortu, oczywiście łatwo powiedzieć, trudniej znaleźć odwagę by to zrobić, ale w tym tkwi chyba cała magia.

Jesienią zamierzam…

Nosić czapkę. Mam sporo ważnych dla siebie planów i celów – rodzinnych, zawodowych, naukowych i sportowych. Nie sposób wymienić  wszystkich. Jesień jest poza tym dobrym czasem by trochę zwolnić, nie rozchorować się i zacząć pracować nad rzeczami, których owoce będziemy zbierali na wiosnę. Jesienią, bo pod koniec października, planuję też tradycyjnie rozpocząć sezon snowboardowy.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Motto, którym najczęściej się kieruję…

„Just be in the moment“, bycie obecnym i uważnym jest cholernie ważne – niestety jednocześnie diabelsko trudne.

Ostatnie pytanie to prośba o wskazanie osoby, która Twoim zdaniem jest wyjątkowa i ciekawa. My odezwiemy się do niej i poprosimy o dołączenie do naszego Grona Inspiratorów.

Mam wielkie szczęście być otoczonym przez wiele inspirujących osób. Ogromną i wyjątkową inspiracją dla wszystkich kobiet, matek, sportowców-amatorów jest moja przyjaciółka Olimpia Wojtyło – wróciła właśnie z zawodów w USA z kwalifikacją na przyszłoroczne Mistrzostwa Świata IRONMAN na Hawajach… a to tylko jedna z wielu niesamowitych rzeczy, które udało jej się osiągnąć. Przy tym ma genialne pióro, o czym można się przekonać wchodząc na jej bloga http://dowhatyoulove.pl/

Przeczytaj również: Filip Pendrak: Rower dostarcza niesamowitych emocji, daje poczucie niezależności, uczy ciężkiej pracy nad swoimi słabościami

Tagi: , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis
6 shares