Marcin Giżycki: Cechą dobrej sztuki jest to, że wymyka się definicjom

Komentator kultury, outsider o eklektycznych gustach, otwarty na różne formy sztuki. Z Marcinem Giżyckim porozmawialiśmy m.in. o filmie animowanym, festiwalu Animator oraz o tym, co go porusza w kinie.

Historyk sztuki i filmu, krytyk, reżyser, scenarzysta, fotograf, wykładowca. Która z tych profesji jest Ci aktualnie najbliższa?

W każdej z tych sfer działalności jestem trochę outsiderem. Zrobiłem więcej filmów – dokumentalnych, eksperymentalnych, animowanych, a nawet jeden aktorski – niż wielu moich kolegów z dyplomem ukończenia studiów filmowych. Niemniej robienie filmów, podobnie jak fotografowanie, nie stanowi mojego głównego źródła utrzymania, to raczej działanie dla przyjemności. W świecie historyków sztuki uchodzę za filmoznawcę, wśród filmoznawców jestem historykiem sztuki. Zgodziłbym się na taką formułkę: jestem wykładowcą akademickim, który folguje swoim różnym zainteresowaniom. Lubię kontakt ze studentami, ale lubię też pisać albo spędzać godziny, jeśli mam na to czas, montując filmy, odkrywając nowe programy do tworzenia obrazów i błąkając się z aparatem po nieznanych mi uliczkach.

Całkiem niedawno do kin wszedł „Twój Vincent” animowany dramat, który wielu laikom pokazał, że animacja to nie tylko bajki dla dzieci. Co myślisz o tej produkcji?

Jestem dyrektorem Festiwalu Filmów Animowanych Animator. Staram się zachować dobre stosunki ze środowiskiem animatorów w kraju i na świecie i w ogóle być otwartym na wiele rzeczy, nawet jeśli to nie jest „my cup of tea”, jak mawiają Anglicy. Wolałbym się więc na temat tego filmu nie wypowiadać. Powiem tylko tyle, że komercjalne kino, czy to animowane, czy nie, mało mnie osobiście interesuje, chociaż i dla takich produkcji rezerwujemy miejsce na festiwalu. Akurat „Twojego Vincenta” nie pokazywaliśmy, bo dystrybutor uparł się, że premiera ma być na Nowych Horyzontach (czyli zaraz po Animatorze), a pokazanie filmu z rocznym opóźnieniem, kiedy wszyscy i tak go zobaczyli, nie ma sensu.

W zeszłej edycji festiwalu Animator, jury główną nagrodę przyznało austriackiemu reżyserowi Robertowi Cambrinus za film „A Dad”. A co dla Ciebie musi mieć w sobie animacja, żebyś uznał ją za wartościową?

Inwencję, świeżość, poezję, dobrą plastykę i tak dalej. Trudno oceniać sztukę według jednego szablonu, bo cechą dobrej sztuki jest to, że wymyka się definicjom. Moje gusta są dosyć eklektyczne, jak i moje filmy. Lubię zarówno filmy abstrakcyjne (przynajmniej niektóre), jak i dobrze opowiedziane historie. A co do „A Dad”, to powiem, że nigdy nie wpływam na decyzje jurorów Animatora, ale ta nagroda ucieszyła mnie szczególnie jako historyka sztuki (tym, którzy filmu nie widzieli podpowiem, że powstał on w celu uczczenia setnej rocznicy narodzin ruchu Dada).

Jak Twoim zdaniem festiwal zmienił się na przestrzeni lat?

Animator zmienia się tak, jak zmienia się film animowany. Zaczynaliśmy, gdy filmy wciąż robiło się na taśmie filmowej. Dziś krótkich form praktycznie nie robi się na takim nośniku. Staramy się nadążać za nowinkami. Prezentowaliśmy machinimy (filmy robione za pomocą narzędzi do tworzenia gier komputerowych) i filmy kręcone telefonami komórkowymi. Kiedy pojawią się filmy robione przez komputery (a nie przy użyciu komputerów), to też to pokażemy. Myślę, że taki moment nastąpi już szybko. Trzymamy się jednak pewnych stałych elementów programu: konkursów, retrospektyw wybitnych twórców, przeglądów tematycznych i prezentacji dorobku kinematografii wybranych krajów. Organizujemy konferencje naukowe, żeby być zorientowanym, co dzieje się w badaniach nad animacją na świecie. Przypominamy rzeczy zapomniane. A przede wszystkim, to znak rozpoznawczy Animatora, mamy co roku wiele projekcji z muzyką na żywo.

Film animowany tym właśnie różni się od filmu „normalnego”, że daje szansę stworzenia całkowitej fikcji – to słowa Piotra Kamlera. Jakie jeszcze różnice widzisz między tymi dwoma rodzajami kinematografii?

Ojciec polskiej powojennej animacji, Zenon Wasilewski, uważał, że nie ma żadnej. Robił filmy lalkowe i reżyserował swoich „aktorów”, jakby to byli żywi ludzie. Ale oczywiście są też innego rodzaju filmy, w tym też takie, które są bliższe malarstwu czy grafice, niż fabule. Kamler ma rację mówiąc, że animacja daje szansę tworzenia fikcji, ale z drugiej strony mamy znakomite filmy oparte na faktach, że dam przykład „Drogi na drugą stronę” Anki Damian (laureata Animatora z 2012 roku). Animacja to nie gatunek, tylko metoda (chociaż i ją trudno zdefiniować, od kiedy pojawiły się komputery). Mieści w sobie wiele rzeczy, nie tylko dobranocki.

kadr z filmu „Theatrum Magicum” (2017)

Żyjemy w epoce zalewu obrazów, w których nie ma wizji, jest recykling Potrzeba tworzenia prawdziwych wizji, zrodzonych z prawdziwej wrażliwości, jest większa niż kiedykolwiek – powiedziałeś w jednym z wywiadów. Te słowa budzą wiele refleksji. Granica między „czystą” sztuką, autentycznością a komercją, pragnieniem zysku i sławy a  sprostaniu oczekiwaniom widzów i krytyków, wydaje się być bardzo cienka. Czy sam jako artysta czy też nauczyciel zderzyłeś się kiedyś z takimi dylematami?

Zderzam się z nimi na każdym kroku. Większość studentów, którzy chcą studiować animację, często bardzo utalentowanych, przychodzi na studia nie mając zielonego pojęcia, czym jest sztuka animacji. Ich wiedza ogranicza się do seriali telewizyjnych i kilku hitów kinowych. Moim zadaniem jest otworzyć ich oczy na takich twórców jak Norman McLaren czy Jerzy Kucia. Niemniej młodzi animatorzy, jeśli chcą się utrzymać z tego, co robią, muszą się liczyć z tym, że wylądują (i nie ma w tym nic złego) w agencji reklamowej lub firmie produkującej gry komputerowe, albo będą zmuszeni zmienić zawód. Wierzę jednak, że talent, z którego rodzą się „prawdziwe wizje” jakoś się przebije.

Jaki film ostatnio najbardziej Cię poruszył?

Ostatnio oglądałem mało animacji. Nadrabiałem zaległości w filmie fabularnym, a było w czym wybierać. Bez układania rankingów, podam dwa tytuły, które szczególnie utkwiły mi w pamięci: „The Square” Rubena Östlunda i „Happy End” Michaela Haneke’go. To kino wizualne (zwłaszcza „The Square”) i mądre, które lubię najbardziej. Znalazłoby się tego więcej. Kiedy byłem licealistą, a było to w głębokich czasach peerelu, potrafiłem chodzić do kina kilka razy dziennie, a repertuar nie był tak bogaty jak dzisiaj (chociaż nie był tak zły, jak sądzą młodsi, wychowani już w nowym ustroju). Teraz, poza festiwalami, nie mam na to czasu. Oczywiście, oglądam też filmy na monitorze albo wyświetlam je sobie na ścianę. Ale to nie to samo, co ekran kinowy i doświadczenie projekcji w ciemnej, dużej sami. Na zajęciach ze studentami filmy pokazuję używając projektora cyfrowego, ale zauważyłem, że wielu studentów nie może się dłużej skupić na tym, co jest wyświetlane. Zaraz sięgają po smartfony i coś tam na nich wystukują. Zapytałem kiedyś, w czym problem i jeden ze słuchaczy powiedział: „Panie profesorze, ja nie potrafię oglądać filmów na dużym ekranie”.

W jednym z artykułów na Twój temat przeczytałam: „M. Giżycki jest artystą bezgranicznie wierzący tylko w sztukę, której sam poświęca całe swoje życie”. Czy tak jest w istocie?

Ta opinia mi schlebia, jednak większość życia poświęcam uczeniu, w tym sztuki. Artystą, jak wiadomo, się bywa. Nie wiem, czy mnie się to już przytrafiło. Wracamy do początku wywiadu. Na pytanie, czym się zajmuję, często odpowiadam: jestem komentatorem kultury. We wszystkim co robię. Moje filmy czy zdjęcia to też forma komentowania kultury.

Tagi: , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis
41 shares

Jeśli podoba Ci się nasza strona, to kliknij: