Kordian Kądziela: Fajnie jest czuć sprzężenie zwrotne. Obserwować, jak to co sobie kiedyś wymyśliłem, rezonuje

Nieważne, gdzie stawia się kamerę, ważne jest – po co? – mawiał Krzysztof Kieślowski.  Jak odpowiedziałbyś na to pytanie?
Rozbawić/wzruszyć/zaintrygować widza ( Niepotrzebne skreślić). Staram się nigdy nie zapominać o  odbiorcy. To dla jego intrygującej półtorej godziny w kinie sztab ludzi wypruwa sobie żyły często przez kilka lat.  Poeta, malarz czy jakikolwiek inny artysta mogący pracować w samotności, może robić swoją sztukę do szuflady czy też dla autoterapii lub dla czystej zabawy formalnej. Stworzenie filmu jest tak kosztowne i angażuje tak wielki sztab ludzi, że robienie tego tylko dla satysfakcji reżysera wydaje mi się dość ekstremalną formą egoizmu.
Zastanawiam się nad rolą reżysera w dzisiejszych czasach. Jakie Twoim zdaniem predyspozycje powinna mieć taka osoba? Czy konieczne jest ukończenie szkoły?
Oczywiście nie trzeba skończyć szkoły filmowej, by kręcić dobre filmy (czego najlepszymi przykładami są tacy twórcy jak Quentin Tarantino czy David Fincher), ale z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że filmówka bardzo pomaga.|Przede wszystkim uczy rzemiosła. Przed szkołą wyobraźnia podsuwała mi mnóstwo pomysłów, historii i obrazów, ale kiedy próbowałem opowiedzieć je za pomocą filmu, to nigdy nie wyglądało to tak dobrze jak w mojej głowie. Edukacja w filmówce pozwoliła mi na tyle opanować rzemiosło filmowe, że znacznie ograniczyłem wspomniany problem. Szkoła pozwala też poznać ludzi zainteresowanych podobnym kinem co ty. To rodzaj twórczego tygla, a ekipy kompletowane przy okazji pierwszych prób filmowych to często te same, które kilka lat później realizują duże, pełnometrażowe kino. Takie przyjaźnie i znajomości nawiązane podczas edukacji w szkole filmowej, to rzecz procentująca właściwie przez całe przyszłe życie zawodowe. Oczywiście jest też wiele innych plusów jak np. fakt ciągłego poddawania krytyce i ocenie twojej pracy, co nie tylko rozwija, ale też uodparnia. No i nie zapominajmy o wyjątkowo pięknej sytuacji, w której każdego roku robisz film. Po szkole o każdy film trzeba będzie się bardzo postarać. Często przez długie lata. Jeśli chodzi o predyspozycje do tego zawodu to na pewno kluczowe jest lubienie ludzi.
Twój film „Fusy” opowiada o samotnej wróżce, której porady mogą być bardzo niebezpieczne…Jak narodził się pomysł na tę historię?
Pomysł narodził się, kiedy w telewizji natrafiłem na nocny program z wróżbami i przysłuchałem mu się nieco dłużej. Uderzył mnie ciężar problemów z jakimi ludzie dzwonią do telewizyjnej wróżki. To niemal wyłącznie sprawy poważnych kryzysów w małżeństwie, wielkich konfliktów z dziećmi lub przyjaciółmi, rozpady związków, zdrady…krótko mówiąc niezwykle skomplikowane momenty, przełomowe w życiu. Uświadomiłem sobie, że taki telefon to najczęściej akt skrajnej desperacji, ostatnia deska ratunku. Jeżeli w krytycznej sytuacji życiowej dzwonisz po ratunek w środku nocy do pani w telewizji, za 5 złotych za minutę plus VAT, to znaczy , że naprawdę nie masz już innego wyjścia. Jednak jeszcze bardziej uderzyło mnie z jaką łatwością i jaką pewnością wróżka daje odpowiedzi, na bardzo przecież skomplikowane problemy. Świadomość, że  ten zdesperowany człowiek po drugiej stronie słuchawki z pewnością posłucha rad, które daje mu kosmos i w ten sposób prawdopodobnie dość drastycznie zmieni swoje życie, była dla mnie impulsem, od którego zaczęło się myślenie o tym temacie, jako o punkcie wyjścia do filmu o odpowiedzialności. Pomyślałem, że wróżka telewizyjna, której przepowiednia nieomal doprowadza do tragedii , to postać, o której chcę opowiedzieć.
Co jest da Ciebie w kinie najważniejsze? Temat, forma?
Zawsze zaczynam od tematu, a dopiero potem dopasowuję do niego formę. Staram się próbować swoich sił w różnych konwencjach. Jak już mówiłem, szkoła filmowa jest takim cudownym miejscem, w którym co roku ktoś czeka na twój film. Jest to więc idealny moment w życiu, w którym można eksperymentować, próbować różnych konwencji, różnych stylów opowiadania i dowiedzieć się, w których czujesz się najlepiej, a nad czym musisz jeszcze popracować. Po szkole o takie coroczne zabawy jest znacznie trudniej. Moje krótkie filmy są do siebie podobne w kwestii pewnego typu poczucia humoru  czy rodzaju bohatera, ale każdy z nich jest ubrany w inną formę.
Jaki film zrobił ostatnio na Tobie największe wrażenie?
Ostatnio nowy film Lynne Ramsey „Nigdy cię tu nie było”. Uwielbiam takie intensywne kino wprowadzające widza w rodzaj transu. Choć możliwe, że muszę zweryfikować swoją opinię drugim seansem, w bardziej neutralnych warunkach, ponieważ oglądałem ten film na festiwalu Kustendorf, w utopijnej wiosce Emira Kusturicy w serbskich górach. Możliwe, że oszołomienie okolicznościami i rakiją zawyżyło trochę moją ocenę.
Reżyserujesz także spoty reklamowe. Jak traktujesz tę pracę? Na równi z kinem czy jedynie jako środek zarobkowy?
Ani jedno ani drugie. Raczej próbuję znaleźć złoty środek pomiędzy tymi dwiema drogami. Staram się robić reklamy w klimacie mi bliskim, o określonym poczuciu humoru i stylu. Nadać reklamie rys autorski. To też dobra szkoła opowiadania historii. Trzeba złapać widza i opowiedzieć mu klarowną opowieść w 30 lub 60 sekund.
Jak powstają Twoje scenariusze? Co Cię inspiruje?
Jeśli chodzi o sam początek pracy to zależy od filmu. Czasem jest to taki impuls, o którym mówiłem przy okazji pytania o „Fusy”, czasem wymyślona jedna scena, która intryguje mnie na tyle, że stopniowo obudowuję ją kolejnymi, a czasem najważniejsze jest środowisko, jakie mnie ciekawi i o jakim sam chciałbym dowiedzieć się więcej przy okazji pracy nad filmem (larpowcy, performerzy, wróżki). Dopiero po ustaleniu środowiska wymyślam fabułę. Ostatnio jednak rzadko piszę sam, a coraz częściej z moim przyjacielem z roku – Michałem Wawrzeckim. Są to cykliczne spotkania pisarskie, które są całodzienną burzą mózgów. Pracujemy w tej chwili nad kilkoma tekstami jednocześnie.
Jesteś laureatem licznych nagród. Co one dla Ciebie oznaczają?
Utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie pomyliłem się ryzykując i idąc w stronę reżyserii. Każda nagroda to miła niespodzianka, ale najbardziej lubię nagrody publiczności.Fajnie jest czuć sprzężenie zwrotne. Obserwować, jak to co sobie kiedyś wymyśliłem rezonuje. Z tego samego powodu lubię oglądać moje filmy z publicznością na różnego rodzaju pokazach.
Nad czym aktualnie pracujesz? Co planujesz?
W tej chwili priorytetem jest dla mnie praca nad debiutem pełnometrażowym pod roboczym tytułem „Malignum”.
To będzie komediowy film drogi o przejrzałej miłości, śmierci i rekordzistach. Poza tym na horyzoncie pojawił się projekt serialu i filmu telewizyjnego. Każda z tych rzeczy to jednak melodia dość dalekiej przyszłości, więc podczas długofalowej pracy nad nimi mam nadzieję robić krótsze formy – jak wspomniane wcześniej reklamy czy teledyski.
Kordian Kądziela. Reżyser i scenarzysta. Ukończył reżyserię filmową i telewizyjną na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach im. Krzysztofa Kieślowskiego. Jego filmy krótkometrażowe spotkały się z świetnym odbiorem zarówno wśród widzów jak i krytyków. Film Kordiana „Szczękościsk” otrzymał Nagrodę Główną w Konkursie Młodego Kina na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni 2016. Z kolei „Larp” był nagradzany m.in. na festiwalach w Barcelonie, Sankt Petersburgu, Brnie, Breście), a film „Muka!” otrzymał m.in. „Debut Award” na festiwalu w Ann Arbor i Nagrodę Publiczności „Etiuda & Anima”.
Tagi: , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis