Jarosław Molenda: Historia banana jest równie ciekawa (i krwawa) jak np. dzieje rodu Habsburgów

Podróżnik, pisarz, autor ponad 20 książek. Z Jarosławem Molendą porozmawialiśmy o przełomowych momentach w jego życiu, sposobie podróżowania, roli roślin w dziejach świata, a także o tym, co jadają aniołowie…


Za kilka dni swoją premierę będzie mieć Twoja książka „Zadziwiające życie owoców”. Co Cię w nich (owocach) zainteresowało, że postanowiłeś właśnie je uczynić głównymi bohaterami publikacji?

Z…. oszczędności, ha, ha. Polskiego autora rzadko kiedy stać na to, aby jeździć po świecie tylko za jednym tematem. Ja staram się łączyć wątki – na przykład pisząc biografię Kolumba podążałem jego tropem. Odwiedzałem miejsca, w których bywał, a że oczywistą sprawą jest, że człowiek musi jeść, przy okazji interesowałem się roślinami, które w ramach tak zwanej wymiany kolumbijskiej pojawiły się w Europie po odkryciu Ameryki. Owoce w krajach tropikalnych są stosunkowo tanie, więc naturalną koleją rzeczy było, że dużo ich jadłem. A lubię wiedzieć, co jem, więc… „Zadziwiające życie owoców” to już moja szósta książka w cyklu „roślinnym” i, proszę mi wierzyć, historia banana jest równie ciekawa (i krwawa) jak np. dzieje rodu Habsburgów. To też historia z różnymi nomen omen smaczkami.

W książce podważasz niektóre ustalenia historyczne. Jakie na przykład? I jak dochodziłeś do tych prawd?

Zacznę od końca – dużo czytam, stosuję się do rady Ryszarda Kapuścińskiego, zgodnie z którą należy przeczytać tysiąc cudzych stron, zanim napisze się jedną własną. I tak dogrzebuję się różnych ciekawostek. A przykład? Proszę bardzo – na zdjęciu obok jest mozaika z Pompejów licząca dwa tysiące lat. W prawym górnym rogu widać ananasa. Jakim cudem starożytni Rzymianie znali ten owoc, którego ojczyzną jest Ameryka, skoro odkryto ją dopiero w 1492 roku?


W jednym z wywiadów przeczytałam, że przełomowym momentem w życiu była dla Ciebie „czterdziestka”. Co wtedy zrozumiałeś?

Gdzieś się zapętliłem, czułem się jak koń zaprzęgowy, tyle że nie była to zaczarowana dorożka, a raczej fura z węglem… Nic mnie nie cieszyło, robota, pieniądze… Chciałem odzyskać radość życia i ją mam. Zarabiam o wiele mniej, ale przestałem pracować – wiesz, jak w tym powiedzeniu: „rób, co lubisz, a nigdy nie będziesz musiał pracować”.

Pisałeś także o kawie, cynamonie, herbacie, roślinach…- rzeczach, które na pierwszy rzut oka nie mają wielkiego znaczenia w dziejach ludzkości. Ty udowadniasz, że jednak jest inaczej…

Bez roślin historia potoczyłaby się inaczej, nie byłoby tak szybkiego postępu – na przykład rozwoju motoryzacji bez kauczuku, a używki – artyści i kawiarnie? To temat na osobna książkę… Pogoń za przyprawami z kolei doprowadziła do poszerzenia horyzontu geograficznego. Najpierw Jedwabny Szlak, potem Kolumb i jego następcy… . A medycyna? Dzisiaj w Amazonii więcej ludzi szuka ratujących zdrowie roślin niż Eldorado – to jest prawdziwa żyła złota…

Na swoim koncie masz ponad 20 książek, głównie podróżniczych. Kiedy zdążyłeś to wszystko napisać? Piszesz już w czasie podróży, czy dopiero potem składasz wszystko w całość?

Właściwie pół na pół, bo, jak wspomniałem, przygotowuję się do każdej podróży, by wiedzieć, czego szukać, o co pytać, więc jakby połowę książki już mam. Poza tym wiele moich opracowań jest swoistą kontynuacją lub uzupełnieniem wątków już opisanych, więc jest łatwiej i szybciej. Ja mam własny „plan wydawniczy” rozpisany na kilka lat do przodu, bo wiem, że ze względów finansowych na przykład, prędko nie wrócę do Ameryki Środkowej, którą dopiero co przemierzyłem, poczynając od Panamy a kończąc na Jukatanie. Podczas jednego takiego wyjazdu muszę dowiedzieć się jak najwięcej, dlatego też wybieram miejsca, które spełniają wiele kryteriów.

Co najbardziej fascynuje Cię w podróżowaniu?

Mam chyba syndrom „samotności długodystansowca”. Colin Smith – bohater powieści Alana Sillitoe’a pod takim tytułem, wyznawał: „Wiem tylko, że trzeba biec, nie wiedząc dokąd, przez pola i lasy. A linia mety nie kończy biegu, choćby wiwatował tam przyjazny tłum”. Gdy wyruszam w drogę, popadam w coś, co muzułmanie określają słowem kaif. To stan kontemplacji przychodzący wraz z uczuciem spokoju i harmonii. Nie jest to medytacja czy zaduma, czyli świadomy odpoczynek umysłu; to coś pośredniego między transem a nirwaną. Nie potrafię tego lepiej zdefiniować. Jedno wiem, jestem od tego uzależniony.


Na koniec, wracając do najnowszej książki, zdradź proszę naszym Czytelnikom: co jadają aniołowie?

Ha, ha, zależy, czy na obiad, czy kolację. Uchylę tylko rąbka tajemnicy, że tego określenia użył Samuel Langhorne Clemens, znany lepiej jako Mark Twain. Państwu pozostawię odkrycie po zjedzeniu jakiego owocu, który de facto jest…. warzywem, autor Przygód Tomka Sawyera poczuł przysłowiowe „niebo w gębie”… Na zachętę dodam tylko, że odpowiedź znajduje się już w drugim rozdziale książki „Zadziwiające życie owoców”.

Najnowsza książka Jarosława Molendy, będzie do wygrania w naszym konkursie na FB! Śledźcie nas uważnie.

Tagi: , , , , , ,

Powiązane wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Comments

  1. Odpowiedz

    Ciekawy człowiek!

    • Olek
    • 16 stycznia 2018
    Odpowiedz

    Książki o roślinach i owocach-super .Przeczytam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

11 + nineteen =

104 udostępnień