Jakub Koisz: Cieszę się, że udało mi się oddać uczucie speedu, nerwowości i kompulsywnego tupania nogą

Sam o sobie mówi, że jest gościem kipiącym od emocji. Te emocje czuć w jego literackim debiucie „YOLO”. Głośnej, porywającej historii, która dzieje się tuż obok nas.

Świat jest zły? Chyli się ku upadkowi? Ludzie są okropnie samotni,  rozzłoszczeni? Boimy się? Czy jest dla nas jakaś szansa? – te pytania pojawiają się w mojej głowie po lekturze Twojego debiutu „YOLO”. Umiesz na nie odpowiedzieć?

Umiem. Jest taka scena w jednym z moich ulubionych seriali, „True Detective”, w której jeden z głównych bohaterów słyszy narzekanie swojego teścia na zepsutą młodzież i dekadenckie czasy. Riposta tego bohatera jest krótka: „wiesz, tato, na każdym etapie historii był jakiś starzec, który mówił tak jak ty. Ten starzec potem umierał, a świat, cóż… kręcił się dalej”. W narracji z subiektywizowanej, którą w literaturze bardzo lubię, świat jest wiecznie filtrowany przez perspektywę obserwatora. Myślę, że jak na człowieka, którego interesuje w literaturze perspektywa relacji międzyludzkich, szczególnie jeśli one zanikają, to sam mam poglądy mało dołujące. Uważam, że ciepło można odnaleźć w niespotykanych miejscach, a najwięksi budowniczy pojawiają się wraz z runięciem jakichś wartości. W konstrukcji fikcyjnych światów interesują mnie utopie, do których wdziera się zgnilizna oraz apokalipsa, w której znajdzie się miejsce dla miłości.

Jak wyglądała Twoja praca nad „YOLO”? Czytając powieść ma się przeczucie, graniczące z pewnością, że tam byłeś?

Nie wiem już, czy byłem, czy mi się wydawało. Prawdą jest, że to nie jest relacja z pola walki, żadna tam reportażówka, a przeżycia narratora to nie są moje przeżycia. Zresztą mnie to pytanie już smuci, bo nieco podważa moją zdolność do dystansowania się do pewnych zjawisk i każe mi potwierdzać lub zaprzeczać, że pisząc, wyrywałem komuś przeżycia jak ostatni frajerzyna. Ostatnio, chyba drugi raz od czasów wydania, przewertowałem książkę i oczywiście wciąż widzę w niej konkretne wydarzenia, miejsca i uczucia, które musiały mi towarzyszyć przy stawianiu pierwszych znaków w edytorze tekstu, ale uderzyło mnie to, iż wydało mi się to wszystko teraz tak bardzo odległe. Chyba pierwszy raz spojrzałem na tę książkę z perspektywy zwykłego czytelnika.

W Twojej powieści silnie  wyczuwa się, że narrator jest wkurzony na swoje otoczenie. Narasta w nim złość, sam też drażni Czytelników. Skąd w nas te „nerwy’?

Może stąd, że pisząc „YOLO” sam byłem wkurzony, a bywały dni, kiedy było to  to najbardziej wyraziste uczucie, jakie mi towarzyszyło. Od tego czasu starałem się nad tym pracować, zresztą wciąż próbuję sobie radzić z tym czymś wewnątrz, co mnie napędza, na szczęście już nie tylko do złego. Podnoszę ciężary, piszę, pracuję, staram się mieć ciągle zajętą głowę. Co do klimatu, który bije z książki – cieszę się, że udało mi się oddać uczucie speedu, nerwowości i kompulsywnego tupania nogą, bo właśnie to chciałem przelać na frazę. Pytanie tylko, czy powinienem to robić, skoro jest to tak mocno sprzężone z moich charakterem. Czy pisarstwo nie zacznie się dopiero wtedy, kiedy będę umiał się uspokoić, mimo że na co dzień jestem raczej gościem kipiącym od emocji? Ostatnio ktoś mi powiedział, że wydaję się bardzo skupiony i wyciszony, co bardzo mnie zaskoczyło. Może czas pisać dalej.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że marzysz o stworzeniu własnego filmu. Masz już jakiś na niego pomysł?

A tutaj to jakaś drobna pomyłka. Chyba w którymś wywiadzie ze mną dziennikarz puścił wodze fantazji i zapytał, kogo bym widział za kamerą ekranizacji „YOLO”. To mało filmowa książka, więc było to trudne pytanie. Ta rozmowa dotyczyła też mojej pasji, czyli kina w ogóle. Pracuję, a raczej dorabiam jako dziennikarz filmowy, choć z zawodu jestem obecnie redaktorem i marketingowcem. Ktoś tam jeszcze nazwał mnie „krytykiem filmowym”, co mnie bardzo bawi, bo nie mam formalnego wykształcenia ani żadnego przygotowania do zawodu, który zresztą – moim zdaniem – w Polsce nie istnieje. Nie interesuje mnie krytkowanie czyjegoś dzieła, ale z chęcią polecam filmy, które uważam za wartościowe. Nie ciekawi mnie analiza filmowa, ciekawi mnie konstruowanie opowieści. Nie mogę się powstrzymać i piszę o filmie, czasami na tym coś zarobię, a bardzo często nie. Myślałem ostatnio o tym, żeby poczytać nieco o pisaniu scenariuszy albo spróbować wysmarować jakiś swój, ale mam w tym fachu wielu lepszych znajomych. Światu nie jest potrzebny kolejny zbijający bąki filmowiec.

„YOLO” to Twój debiut. Ciekawi mnie, ile czasu upłynęło od napisania powieści do jej wydania? Długo szukałeś wydawcy? Jak wyglądał ten proces?

Niedługo, jakieś pół roku. Wysłałem książkę do kilku miejsc, a współpracę podjąłem z wydawnictwem, które potraktowało mnie poważnie. Nie brałem pod uwagę self-publishingu, nie chciałem też wrzucać tego w sieć. Niezbyt wierzyłem, że uda mi się to wydać. Znam wiele historyjek o pisarzach, którzy sami sobie wydali książki i albo to w ich przypadku „siadło”, albo zupełnie nie. Wolałem, aby ktoś pochylił się nad tym tekstem, a wydawnictwo OvO, czyli pani Anita Baraniecka, prawie z miejsca ruszyło proces wydawniczy. Odezwały się później również inne wydawnictwa, ale książka wychodziła już z drukarni. Cieszę się, że ktoś znalazł czas, aby odebrać ode mnie maila.

Przez pewien czas pracowałeś jak nauczyciel, jak wspominasz tamto doświadczenie?

Najlepsza w tym wszystkim była praca z młodzieżą, którą ubóstwiałem. Uczyłem języka polskiego w gimnazjum, uczyłem też dorosłych kursantów dziennikarstwa i reklamy. Zacząłem od razu po studiach i nie wiedzieć kiedy – minęło 5 lat. W pewnym momencie przyszło jednak uczucie znużenia, ale też powtarzalności. Nie zachęcał mnie system awansu, raczej mało inspirujące zmęczenie rysujące się na twarzach starszych kolegów i znudzenie. Moja mama jest nauczycielką z ponad 30-letnim stażem, która wyłożyła mi plusy i minusy tego zawodu. Mnie w pewnym momencie zaczęło intrygować, czemu tak wiele polonistek z mojego roku studiów marzyło o nauczaniu w szkole i co mnie z nimi łączy, bo na pewno nie perspektywa sprawdzania kartkówek. Ten zawód dawno stracił na prestiżu. Pamiętam zresztą, że sam byłem mocno na bakier z uznawaniem autorytetu nauczyciela i w szkole byłem raczej łobuzem, więc jedynym przepisem, jaki miałem dla siebie w czasie tej krótkiej przygody nauczycielskiej, była próba nawiązywania pokoleniowego dialogu z uczniami. I to – jak mi się wydaje – sprawiało też, że nie potrafiłem nikogo prowadzić według archaicznego modelu nauczania. Zresztą, ostatnio koleżanka pytała mnie, czemu nie chcę już uczyć języka polskiego. Odpowiedziałem jej, że za bardzo polubiłem literaturę i język.

Co Twoim zdaniem warto oglądać i czytać w Polsce?

Dobre rzeczy, tak samo jak na świecie. Nie jestem dobry w polecaniu filmów i książek odbiorcy, o którym mało wiem, bo w moim kulturalnym „jadłospisie” ciągle się miesza to, co wyższe i niższe. Mogę napisać, co oglądam i czytam obecnie. Z filmów jest to kolejny seans niepokojącego ontologicznie „Blade Runnera 2049”, z seriali robię ponowne podejście do „Mad Men”, a czytam najnowszą, podarowaną mi przedpremierowo powieść Łukasza Orbitowskiego, czyli „Exodus”. Cholernie mocna i smutna rzecz. Nieustannie przebijam się przez wszystko, co napisali David Foster Wallace i Ota Pavel, a w moje łapy trafił punkrockowy i niegrzeczny zbiór komiksowych przygód Sędziego Dredda. Chodzę do kina czasami 4 razy w tygodniu, więc aktualizują mi się te wartościowe tytuły co chwilę.

Przeczytaj również: Beata i Remek: Nasz projekt opowiada o marzeniu o świecie niedalekim, bo poza miastowym, bliskim naturze nieujarzmionej i pierwotności.

Tagi: , , , , ,

Podobne wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis
21 shares