Daniel Koziarski: Interesował mnie mechanizm decyzyjny – ten moment, w którym normalni, stateczni ludzie postanawiają sięgnąć po instrumenty działania do nich nieprzystające

Prawnik i pisarz. Wnikliwy obserwator rzeczywistości. W swojej ostatniej powieści „Ciemnokrąg” szuka odpowiedzi na pytanie, dlaczego krzywdzimy innych? Nam opowiedział m.in. o swoich początkach z literaturą, współpracy z wydawnictwami oraz o tym, jakie znaczenie ma dla niego kontakt z czytelnikami.

Prawnik i pisarz to ciekawe połączenie. Jak to się stało, że zacząłeś pisać?

Pisałem już od niepamiętnych czasów – najpierw do szuflady jako nieopierzony literacko gówniarz, potem, bardziej świadomie, dla wąskiego grona, wreszcie, stawiając sobie coraz większe wymagania – myśląc już poważnie o publikacji. Do tego ostatniego trzeba dojrzeć. Nad swoją pierwszą książką zacząłem pracować po ukończeniu studiów prawniczych. To było wspaniałe doświadczenie, bo przez te wszystkie lata zebrało się sporo pomysłów, które można było wykorzystać. Zadebiutowałem kilka lat później, w 2007 roku. Miałem wówczas 28 lat i wydaje mi się, że to dobry wiek na to, żeby pojawić się na rynku. Wtedy z pewnością było trudniej zaistnieć niż teraz, selekcja była znacznie większa. A jeśli chodzi o połączenie pisarza i prawnika – nie jest to łatwe, bo praca prawnika jest bardzo wymagająca i absorbująca, ale jako realista od początku nie wierzyłem w to, że pisarstwo może być dla mnie zawodem czy głównym pomysłem na życie.

Twój debiut „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty” został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez krytyków jak i czytelników. To pomogło czy może wręcz przeciwnie, zaszkodziło przy podejściu do pisania kolejnej powieści?

Gdyby „Kłopoty to moja specjalność, czyli kroniki socjopaty” nie spotkały się z uznaniem czytelników i krytyków, nie pisałbym dalej, więc z pewnością dobre przyjęcie pomogło rozwojowi mojej twórczości i otworzyło drogę do kolejnych powieści. Chociaż „Socjopatę w Londynie”, drugą książkę, pisałem jeszcze przed ukazaniem się pierwszej, bo wiadomo, że autor po debiucie musi być przygotowany na dobry scenariusz, czyli na taką ewentualność, że istnieje zapotrzebowanie na jego książki.

 

Razem z Agnieszką Lingas-Łoniewską stworzyłeś „Zbrodnie pozamałżeńskie”. Jak pisało Ci się w „duecie”?

Fantastycznie. Uważam, że znakomicie się dobraliśmy jako współautorzy. Potrafimy siebie słuchać, motywujemy się wzajemnie, jesteśmy otwarci na wzajemne sugestie, bezkonfliktowo łączymy nasze pomysły we wspólną całość. Opisuję to wszystko czasie teraźniejszym, bo nasza współpraca trwa nadal – pracujemy teraz nad drugą wspólną powieścią. Trochę musiała sobie ta powieść poczekać ze względu na indywidualne projekty i zobowiązania każdego z nas, ale jesteśmy już na końcowym etapie pisania i mam nadzieję, że w przyszłym roku będzie można poznać efekt ponownego połączenia naszych autorskich sił.

Wcześniej związany byłeś z dużym wydawnictwem, teraz współpracujesz z Novae Res. Skąd ta zmiana?

To naturalne, że koleje losu rzucają autora po różnych wydawnictwach. Staram się z sentymentem patrzeć w przeszłość i na pewno Prószyński zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu, bo tam w końcu mnie odkryto i tam zadebiutowałem. Po drodze były jeszcze inne wydawnictwa. W Novae Res wydałem z Agnieszką Lingas-Łoniewską „Zbrodnie pozamałżeńskie” i postanowiłem tam już zostać na dłużej. Teraz więc skupiam się na współpracy z Novae Res, która zresztą układa się znakomicie. To nie jest jakieś lizusostwo. Naprawdę czuję, że jako autor mam w NR, w znacznym i prężnym wydawnictwie, mnóstwo swobody twórczej, zaufania i wsparcia ze strony wydawcy. No i poza tym fajnie się złożyło, bo to wydawca z Gdyni, w której mieszkam.

Twoja poprzednia książka pt. „Kobieta, która wiedziała za mało” to historia pisarki, która choć odniosła sukces, to przez wielu jest deprecjonowana, nazywana „Coleho w spódnicy”. Ciekawa jestem, co ty myślisz o takim pogardliwym traktowaniu pewnych pisarzy, także na polskim rynku? Tworząc postać Marzeny, miałeś jakiś swój pierwowzór?

Zauważ, że samo określenie „literatura kobieca” jest samo w sobie trochę pogardliwe. Wrzuca się więc niesprawiedliwie do jednego worka grafomanię i przesłodzoną sztampę wraz z bardzo wartościowymi książkami, tylko dlatego, że wspólnym mianownikiem jest fakt, że daną książkę napisała kobieta. I to jest krzywdzące dla wielu naszych rodzimych, utalentowanych autorek. Piszący faceci nie są jednak tak brutalnie szufladkowani. Z drugiej strony, mam wrażenie, że polskim autorkom łatwiej jest przebić się na rynku niż polskim autorom. Nie wiem, z czego to wynika, ale zapewne również z tego, że wśród czytających więcej jest kobiet a pisarki jednak lepiej odpowiadają na emocjonalne zapotrzebowanie czytelniczek niż pisarze. Ale ten nadmiar podobnych do siebie, pisanych na jedno kopyto książek, psuje jednak rynek i sprawia, że giną gdzieś naprawdę wartościowe pozycje. Postać Marzeny z „Kobiety, która wiedziała za mało” utkana jest z wielu przedmiotowych i podmiotowych obserwacji. Ci, którzy trochę znają polski rynek książki i trochę czytają, zarazem mają poczucie humoru i potrzebny dystans, powinni mieć sporo frajdy, czytając „Kobietę, która wiedziała za mało” i wyłapując różne okołoliterackie smaczki. Taki przynajmniej był mój autorski zamiar.

Przeczytałam, że „Ciemnokrąg” to opowieść o tym, jak człowiek potrafi skrzywdzić drugiego człowieka. No właśnie, jak? Dlaczego krzywdzimy? Znajdziemy odpowiedź na to pytanie w powieści?

Można sobie wyodrębnić pewne kategorie zachowań, choć nie będzie to oczywiście pełen zbiór. Zatem jedni krzywdzą, bo wynika to z ich zdegenerowanej natury, inni krzywdzą instrumentalnie – dla uzyskania czegoś, zabezpieczenia własnego interesu, a jeszcze inni wyrządzają krzywdę na skutek swojego nieodpowiedzialnego zachowania. Są też różne kategorie szkód i krzywd. Długo można by się nad tym rozwodzić. W „Ciemnokręgu” pokazuję różne sytuacje, w których bohaterowie książki wyrządzają zło. Staram się ukazać, jak ta spirala zła się nakręca, powodując daleko idące, nieprzewidziane i nieodwołalne często konsekwencje w ich życiu. Interesował mnie w książce również mechanizm decyzyjny – ten moment, w którym normalni, stateczni ludzie postanawiają sięgnąć po instrumenty działania do nich nieprzystające.

Opowiedz o tym, jak piszesz. Gdzie, kiedy, czy masz swoje rytuały?

Z przyzwyczajenia i konieczności piszę raczej wieczorami lub w nocy, rzadziej wcześniej. Piszę stacjonarnie – nie lubię pisać w podróży czy podczas jakichś wyjazdów. Ale nie chcąc być bezczynny, wtedy również nie próżnuję – zbieram pomysły, obserwacje, zapisuję je. Wtedy też więcej czytam. Przerwa w pisaniu od czasu do czasu jest potrzebna, bo pozwala uporządkować myśli, twórczo wygłodnieć. Z drugiej strony warto jednak pokusić się o pewną regularność, bo można wybić się z rytmu na dobre.

Lubisz bezpośredni kontakt z Czytelnikiem?

Lubię, bo pozwala mi on zrozumieć potrzeby i oczekiwania innych. Dowiedzieć się, kto i dlaczego mnie czyta. Zdarzają się fajne spotkania, ciekawe znajomości (niektóre jednak nie wychodzą poza sferę wirtualną), trwałe przyjaźnie nawet. Dzisiaj, mam takie wrażenie, podstawowym narzędziem kontaktu autora z czytelnikiem jest Facebook.

Jaką literaturę preferujesz?

Czytam właściwie wszystko, co wpadnie mi w ręce i jest w stanie mnie zainteresować. Niezwykle rzadko wracam do tego, co już przeczytałem, ale zdarza się np. w przypadku Charlesa Bukowskiego. Ostatnio zacząłem znowu sięgać po kryminały milicyjne (Seria z Warszawą), czytam sporo komiksowej klasyki, książki reportażowe wydawane przez Czarne. Zawsze wyrzucam sobie, że czytam za mało a tymczasem na rynku przybywa ciekawych książek – lista książek na półce „Chcę przeczytać” rośnie więc nieproporcjonalnie szybciej niż tych na półce „Przeczytane”.

Przeczytaj również: Magda Frączek: Wciąż się odradzam, właśnie dzięki woli życia, która jest czymś więcej niż tylko potrzebą przeżycia.

 

Tagi: , , , , ,

Powiązane wpisy

Poprzedni wpis Następny wpis

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

eleven + twenty =

10 udostępnień